Bezpośrednio, anonimowo, łatwo



Gdyby korzystanie z toalety wymagało hasła reklamowego, to byłoby dość trafione.

A tymczasem chodziło o badanie zaangażowania pracowników. Naklejek było (i jest nadal) mnóstwo, jak widać - także w miejscach, gdzie zaangażowanie niejako z natury jest niemałe.

donpepego zaangażowany

P.S.1. W ciągu kilku dni trzy razem-pogrania na instrumentach, dwa razem-pogrania w gry, lekkie zagięcie czasu, kilka uroczych plenerów, a wczoraj kino "Kobieta z Piątej Dzielnicy" się spodobało.
P.S.2. Podobno w ciągu siedmiu lat żadna cząstka ludzkiego ciała nie zostaje w tym ciele, każda w ciągu tego okresu jest wymieniona na coraz to inne. Po latach ty dzisiejszy będziesz tylko opowieścią kolejnych pokoleń cząstek przekazaną przez głuchy telefon sobie ówczesnemu.
Wiem, że było, ale lubię ten temat, no i jest okazja - od wczoraj nie mam już w sobie ani cząstki kawalera ;-)

02.10.2012 :: 13:53 Komentuj (6)

Wrrrau miauu

Z punktu widzenia Natury i zdrowego rozsądku praca, jaką wykonuję - i pewnie nie tylko ja - jest kompletnie bez sensu.
Nie żebym się z tego powodu szczególnie martwił, w absurdzie czuję się jak ryba w wodzie.
Na rowerze.

Mam dziś z mózgu pierze i falbanki.

donpepego pierzasta ryba

P.S. W drogę.

04.10.2012 :: 17:31 Komentuj (4)

I dalej

... a piątek był jeszcze bardziejszy, bo o 9 rano się okazało, że mam całodzienną naradę. Która była wporzo i chwilami sensowna, ale niezle trza było kombinować, żeby zmieścić robotę w ilości minimalnej koniecznej w krótkich przerwach.

Aha, postanowiłem zalogować się jeszcze ostatni raz na dawny serwis blogowy, żeby mi nie wlatywały śmieci na pocztę - bo od tej niedawnej zmiany po prostu gównem razi w każdąc stronę - i znalazłem w top fajf polecanych nowy blog Jerzego U., dawnego rzecznika prasowego rządu, o którym wujek nauczył mnie kiedyś śmiesznego wierszyka, a rodzice zakazali mi go powtarzać w przedszkolu. Teraz mogę:

Gdyby Urban
Nosił turban
to zamiast świni
byłby Chomeini

Szybka lektura potwierdza: turbanu nadal nie nosi. Trudno o lepszą "reklamę" nowej odsłony blog pe el.

donpepego zdegustowany, zdetonowany i zdeponowany

P.S. A w ogóle to mi tak sobie, lizanie cukierka przez papierek, niby na wyciągnięcie ręk tak wiele, świat taki piękny, głowa taka pełna planów, a się po prostu nie da.

06.10.2012 :: 18:34 Komentuj (6)

Wypych

Nic tak nie zniechęca do tworzenia własnej muzyki, jak posłuchanie dobrze zrealizowanej, bogato zaaranżowanej, bezbłędnej, przeciętnej muzy, która ani ziębi ani grzeje.

Nic z kolei nie zachęca tak mocno, jak posłuchanie prostej piosenki, która trafia w sedno.

Wiem, że jest to spostrzeżenie tendencyjne i częściowo tautologiczne, ale tak to widzę.

Aha, co do twórczości, to żeby ten temat załatwić na jakiś czas, mam tu oto pomysł na okładkę:



Zdjęcie przedstawia kawałek asfaltu w pobliżu drzewa, które korzeniami go trochę wypycha od dołu. Przez wypych na świat nieśmiało wychodzi zieleń, ciemna, bo po deszczu. Dla mojej przyjemności zieleń ułada się w postać, którą można intepretować na różne sposoby, tak jak można by intepretować utwory z albumu, który nosiłby tę okładkę, gdyby powstał. A powstałby łatwiej, gdyby człowiek m.in. pisaniem na blogu nie likwidował małych swędzeń myśli. Teksty na płytę to duże drapańsko dużego swędzeńska, do którego nie dochodzi, jeśli się blogiem podrapie, kiedy jeszcze jast małe.

donpepego drapacz niechmur

P.S. Nowa płyta stareńkich The Beach Boys - ojacie, takie disco polo americano że hej. Kompletnie mi nie pasuje do tez powyższych, bo jednak słucha się miło. Teksty tugewer forewer fajer dizajer, kompozycje podobne do wszystkich świętych razem wziętych, piękne stylowe aranże, firmowe wielogłosy i aromat myszy. Jak ten McCartney to robi, że mając wszelkie dane ku temu, żeby też się pogrążyć w sentymentalnym sosie, wciąż jedzie z koksem w nowe dzielnice?..

08.10.2012 :: 13:08 Komentuj (1)

Zapiski na pudełku od sera

Zaciekawiony, sięgnąłem po "Czytanie świata" Umberto Eco. Wchodzi trochę lepiej, niż się obawiałem ;-) tzn. w porównaniu do książek, które normalnie czytam, to jest jak słuchanie uczonego, trochę zabawnego gościa nawijającego o częstotliwościach, nutach, skalach, harmoniach i dzieciach Jana Sebastiana Bacha, w porównaniu do słuchania muzyki. W sumie - czemu nie. Byle nie zamiast.

Owszem, jest tam trochę łaciny i trochę mądrych określeń (z których część dałoby się bezstratnie zamienić prostszymi), ale generalnie tok jest zrozumiały i widać, że autor buduje temat z rozmysłem.

Czytam to z wydruku pliku, który najwyraźniej powstał przez OCR, bo zawiera trochę literówek. Który to smaczek jest poniekąd praktrycznym rozwinięciem rozważań autora nt. oryginałów i falsyfikatów - otóż bowiem o ile taka Wenus z Milo tylko jedna jest oryginalna (co zostaje wywiedzione na podstawie przesłanek identyczności, miejsca w przestrzeni i swojej historii), o tyle tekst książki w każdym egzemplarzu jest tak samo oryginalny, nieżaleznie od tego, czy to zabazgrany, skropiony potem i innymi wydzielinami autora manuskrypt, czy świeżo wydrukowana kopijka. Pytanie zatem - czy tekst z błędami to też oryginał? I czy oryginałem bądź nieoryginałem jest per se, czy tylko w ramach mojej percepcji - bo ktoś się domyśli z błędnego zapisu prawdziwego brzmienia słowa, a ja nie, w ten sposób dla kogoś ten sam tomik Umberto będzie oryginałem, a dla mnie falsyfikatem.

Czasem lubię takie farmazony, czasem sobie z nich podkpiwam. Chyba nie chciałbym mieć aż takiej jak autor przenikliwości i uprawiać takiej analityki rzeczywistości, kultury i wszelkich treści, to musi boleć ;-)

donpepego falsyfikat umiarkowany

P.S. Taki bardziej rockowy numer mi chodzi po głowie, tylko coś nie umiem go ubrać ani z muzykę, ani w tekst, ani nawet w rytm. Póki co jest bytem prawie zupełnie nieokreślonym - tzn. określonym w zakresie przyporządkowania do mnie i do kategorii semiotycznej "super ostre kawałki".

10.10.2012 :: 15:00 Komentuj (6)

Owsiany

Miałem dziś w plecaku dwa identyczne plastikowe pojemniki - jeden z płatkami owsianymi na drugie śniadanie, a drugi z żarówką z okapu kuchennego jako wzorem do zakupu nowej.

Udało mi się nie zjeść żarówki.

donpepego świecący własnym światłem

P.S.1. Czuję się, jakbym był dwiema bliskimi osobami, kręcącymi się codziennie po tych samych miejscach, ale w innych porach, niemogącymi się więc jakoś spotkać i tęskniącymi za takim spotkaniem. Coś jak Bereś i Skoczylas w "Aniele w Krakowie".
P.S.2. Czytelniczo po "Czytaniu" szybki płodozmian na coś, co spodobało mi się tak, że nie chcę tego spłycać banalnym poleceniem tutaj. Muzycznie - młoty udarowe Paula di Anno ustąpiły rozmemłanemu Marillionowi ze "Script for a Jester's Tear" i dość niedocenianego "Clutching at Straws", na okrasę równie powłóczyste i post-genesisowe "Unfulfillment" Raya Wilsona. Coś nie mogę znaleźć "Trespass" ani "Trick of the Tail" Genesis na półkach, bardzo lubię obie, w różnych okolicznościach poznane i polubione z dawien dawna na amen.

16.10.2012 :: 14:49 Komentuj (1)

Romantyzm XXL

- Mam plan!
- A czy w twoim planie jest miejsce dla mnie?
- Tak. Nawet dwa.

donpepego postronny słuchacz

P.S. Zaciskam zęby i dalej.

18.10.2012 :: 22:51 Komentuj (2)

Nocą dźwięk się niesie lepiej

Czy to wczorajszy dzień zakończyłem, czy dzisiejszy zacząłem? Mniejsza z tym, niech się nawet liczy podwójnie, bo zakończyłem/zacząłem słuchaniem na porządnych żoninych słuchawkach "Trick of the Tail" Genesis, ale to było takie słuchanie do jądra jestestwa, każdą molekułą i każdym muskułem (ew. każym molekułem i każdą muskułą, w tym minuskułą i majuskułą), album ten w mojej osobistej historii gra rolę niepoślednią, a pełne spektrum dźwiękowe wielkich słuchawek, którego na co dzień ostatnio nie doświadczałem (głośniczki w pracy, słuchawki poza pracą, jazgoty w tle, głupie myśli w głowie), zrobiło kolosalne wrażenie w połączeniu z bogactwem brzmień i ekspresji tej płyty.

Mimo że jakimś szczególnym fanem Genesis nie jestem, to pamiętam, że właśnie ten album w całości lub prawie całości zagrało Radio Bielsko pewnej nocy pół mojego życia temu, kiedy jako legitymujący się jeszcze legitymacją szkolną (a nie dowodzący się dowodem osobistym) młodzieniec pomagałem ile sił w wątłych rączynach podczas zbrojenia i wylewania stropu na budowie u rodziny.

To był bardzo specyficzny tydzień w moim życiu, spędzony na smażeniu ciała i mózgu w okropnym słońcu (wujek przed tymi pracami ściął śliwę, która wcześniej dawała cień choć na części powierzchni deskowania), trwał wyścig zbrojeń - tzn. takim specjalnym zakrzywionym wihajstrem zawiązywało się cienkie druciki na łączeniach prętów zbrojeniowych pod kątem prostym, w kratownicę, żeby potem na finał akcji to zalać betonem własnoręcznie (z pomocą gruchy) przygotowanym i przywiezionym taczkami po wąskich chwiejnych dróżkach z desek.

Gdzieś tam między pracą a gran-padano-na-ryj mieściło się pisanie maczkiem tego i owego do tej czy owej, leczenie spalonej skóry kefirem, rozmowy na budowie o świecie i okolicach i tym podobne przyjemności.

Obsługa gruchy z pomocą łopaty była fajna, nabierało się wyczucia kiedy dosypać szczyptę więcej piasku, kiedy cementu, kiedy wody. Taczka to niezła szkoła równowagi i połączenia siły z precyzją, no bo jak zabrakło jednej czy drugiej, to taczka zjeżdżała na bok i trzeba było żmudnie kombinować, jak tu wrócić na tor. A finał, czyli wylewanie do końca - to praca zaplanowana na noc, żeby beton tak szybko nie wiązał, czy może po prostu ze względu na to, że to trwało tak długo. W każdym razie radio zagrało wtedy "Entangled" i został ten utwór w moim sercu, zresztą z resztą utworów podobnie.

Warto było się nie wyspać. I wczoraj/dziś też było warto.

donpepego still entangled

P.S. A na rowerze też wczoraj jeździłem, może i to przyczyniło się do wychylenia łba z doła?

19.10.2012 :: 13:21 Komentuj (6)

Dzieje się, robi się

Ważne, że po części dzieje się dobrze.

donpepego zalatany

P.S. "Koretkta" jako jedna z pozycji wyceny fajnie wygląda ;-)

23.10.2012 :: 17:26 Komentuj (0)

"Przegapiłeś(aś) trochę popularnych zdarzeń"

- rozśmiesza mnie mailowe powiadomienie z Facebooka.

Dalej w treści maila widzę, że przegapiłem to, że ktoś kogo słabo znam (i nie mam ochoty na więcej), uznał że fajne jest jakieś zdjęcie czy status wpisany przez kogoś innego, kogo również słabo znam (i nie mam ochoty na więcej).

Faktycznie, taki łowca popularnych zdarzeń jak ja powinien poczuć, że właśnie życie przecieka mu między palcami.

donpepego nielubiętego

P.S. W pracowym korytku z pocztą papierową znalazłem natomiast zaproszenie na targi kamieniarskie. W programie m.in. wystawa "Kamieniarze w podróży" czy konkurs "Mistrz Piaskowania" ("otwarty konkurs na najszybsze i najlepsze jakościowo wypiaskowanie tablicy nagrobnej", czytam w szczegółach). Wśród organizatorów "Świat Kamienia", a jakże! Bez "świata" nie ma życia, nawet w branży kamieniarskiej.
Mój pradziadek, którego nie znałem, miał zakład kamieniarski, nosił w pracy sztruksy i miał dom z pięknym ogrodem nad stawem, drzewami owocowymi i altaną, gdzie w niedziele spotykała się młodzież i grała na przeróżnych instrumentach, podobno.

24.10.2012 :: 11:28 Komentuj (6)

Reklama targetowana, czyli autor-widmo

Takie coś mi się wyświetliło:



Znaczy - jestem miszczem biznesu, który doszedł do punktu w życiu, kiedy wypada podzielić się swoim doświadczeniem z uczestnikami wyścigów szczurów śliniącymi się na widok moich słupków na giełdzie, ale nie mam czasu albo mi się nie chce, albo robię błędy ortograficzne i nie umiem złożyć poprawnie zdania.

I mogę sobie tanio wynająć świetnego fachowca, który za mnie napisze poradnik, jak zostać miszczem biznesu.
A sianem za bestseller podzielimy się fifty fifty.

Ostatnio mam do czynienia trochę od kuchni z reklamą targetowaną w internecie, dzięki której zamiast trwonić budżet na pokazywanie np. oferty wózków widłowych gospodyniom domowym rozkochanym w poezji Haliny Poświatowskiej, trafiamy dokładnie do tych, którzy właśnie chcieli w tym tygodniu kupić parę wózków.

donpepego prawie zdecydowany na zlecenie napisania bestsellera

P.S. Im wyżej, tym większy bełkot - wiedzą himalaiści (przy wspinaczce bez butli tlenowej niskie ciśnienie dziwnie robi na rozum), zasada sprawdza się też niestety w zupełnie niegórskich kontekstach.

25.10.2012 :: 13:36 Komentuj (6)

Gambit

W sobotę rano miarą nieskończoności jest odległość od tego, czym żyję, do tego, w czym żyję.
Jak agent z kosmosu, wyuczony perfekt wszystkiego, co tutaj, ale jednak bardzo stamtąd.

W sobotę rano miarą zbliżenia do zera absolutnego jest dystans między moją percepcją a tym, co percypuję. Nie umiem przez palce, nie umiem z przymrużeniem przetwarzać na swoje, nie umiem rozdzielić w głowie sfer, nie umiem wyginać i unikać ostrokantów.

Potem gorzej, ale przyzwyczajenie, więc percepcyjnie lepiej, łatwiej, odległość maleje (czy raczej świadomość odległości się zaciera), dystans rośnie, sfery się rozdzielają, instynkt unikania i wyginania, żeby nie wyginąć.

donpepegu się wyrwało

P.S. "Klub włóczykijów" nadal daje radę, podobnie jak Tiamat "Deeper kind of Slumber". Znaczy, zupełnie niepodobnie, ale również.

27.10.2012 :: 10:41 Komentuj (2)

Kwestia pachy

Telewizji nie oglądam, ale jak już oglądam - zawiesiłem dziś oko na "Panu Kleksie", towarzysko - to zadziwiają mnie reklamy. Przykładowo: damski dezodorant, który działa przez 72 godziny od użycia. Czy chciałbym mieć bliżej do czynienia z kobietą, która ma w zwyczaju nie myć się pod pachami przez 3 doby? Hm...

donpepego starający się nie testować powyżej 3/4 doby

P.S. Biografie zespołów i muzyków czytuję od zawsze - z tych przeczytanych dawno temu, pamiętam baaardzo wiele sformułowań, widzę to wracając po latach. Szczególnie lubię te pisane z epoce przedinternetowej, bez masowego kopiuj wklej, za to z wyraznie widocznym świrem autorów na tle danego wykonawcy i radością z dotarcia do jakichś szczegółów. Jak biografia Marillion z Rock Serwisu Piotra Kosińskiego pisana niecałe 20 lat temu, ze dwie-trzy płyty po odejściu Fisha, gdzie oprócz drobiazgowych informacji o tym, co kto kiedy i jak, można wyczytać wiele intepretacji, przypuszczeń, w stylu w jakim ja sam rozsmakowuję się w podobnych historiach, a poza tym np. zobaczyć na zdjęciu wokalistę w sweterku wydzierganym przez narzeczoną autora książki. Dodatkowa obserwacja przy aktualnym powrocie do tej lektury: kawał determinacji, jaki musieli włożyć muzycy w to, żeby coś osiągnąć. Trzeba było naprawdę być pozbawionym rozsądku życiowego i jednocześnie diabelnie konsekwentnym, najpierw nie przejmować się totalnym brakiem powodzenia, a potem kiedy powodzenie przyszło - niespoczywającym na laurach, całkiem już wszak pokaznych. Poodpadało z różnych przyczyn bardzo wielu muzyków, zapewne utalentowanych, zapewne niezłych kolegów, takich którzy do tej pory mają pewnie co wspominać. Między podstawą piramidy a szczytem jest hoho!

28.10.2012 :: 12:27 Komentuj (7)

Wszystkie moje jutra

Widziałem ostatnio na wystawie księgarni autobiografię znanego jasnowidza.

Ciekawe, do jakiego roku opisuje wydarzenia ze swojego życia.

donpepego niejasnowidz

P.S. Dziś pierwszy raz w pracy samochodem od chyba wiosny. Obleci, ale szału nie ma.

30.10.2012 :: 17:21 Komentuj (6)




2018: 03. 02. 01. 2017: 12. 11. 10. 09. 08. 07. 06. 05. 04. 03. 02. 01. 2016: 12. 11. 10. 09. 08. 07. 06. 05. 04. 03. 02. 01. 2015: 12. 11. 10. 09. 08. 07. 06. 05. 04. 03. 02. 01. 2014: 12. 11. 10. 09. 08. 07. 06. 05. 04. 03. 02. 01. 2013: 12. 11. 10. 09. 08. 07. 06. 05. 04. 03. 02. 01. 2012: 12. 11. 10. 09. 08. 07. 06. 05. 04. 03. 02. 01. 2011: 12. 11. 10. 09. 08. 07. 06. 05. 04. 03. 02. 01. 2010: 12. 11. 10. 09. 08. 07. 06. 05. 04. 03. 02. 01. 2009: 12. 11. 10. 09. 08. 07.


powered by Ownlog.com & Fotolog.pl